HISTORIA RODZINY FEILLÓW i DWORU w WOLI ZRĘCZYCKIEJ-WOJNA LOSY NASZEJ RODZINY-OKRUCHY PAMIĘCI

Drukuj
1 2 3
HERB RODZINY URBANOWICZÓW

Urodziłam się we Wrocławiu moimi rodzicami to Ewa Urbanowicz z Domu Jenkner i Zygmunt Urbanowicz .Mój dziadek Władysław Jenkner Był projektantem i budowniczym obecnego Dworu w Woli Zręczyckiej.Babcia, Malwina z Feillów Jenknerowa byłą jedną z piątki Rodzeństwa - ostatnich właścicieli majątku.

Najstarsze informacje jakie posiadam, dotyczy Jana Feilla, obywatela Francuskiego o pochodzeniu niemieckim, ziemianina z Lotaryngii. Wyemigrował On z Francji do Austrii i w Roku 1770 zakupił browar i ziemię w miejscowości Neudorf k. Wiednia.Jego jedyny syn Rudolf ożenił się z Polka, Anna Olszańska, Córką emigranta, powstańca z 1831 Roku. Ulegając namowom żony tęskniącej za POLSKĄ Rudolf sprzedał Posiadłość i w Roku 1850 kupił klucz majątków należący wcześniej do rodu Lubomirskich.

Właściciele zginęli w czasie rzezi galicyjskiej, a Klucz spadkobiercy sprzedali. Były to: Zręczyce, Wola Zręczycka (wówczas Stara Wola) i Zagórzanay. Rudolf i Anna Józefa mieli dziewięcioro Dzieci: Rudolfa, Jana, Antoniego, ALEKSANDRA, KATARZYNĘ, Marie, Barbarę i ERNESTYNĘ . Umierając, Rudolf starszy podzielił Majątek: .. Zagórzany otrzymał najstarszy syn Rudolf, Zręczyce-Aleksander, Wole-Antoni Mój Pradziad Antoni Był absolwentem wiedeńskiej Hahschule  Bodenkultur. Jan pozostał w Austrii, córki zostały wywianowane i wyszły za mąż za Polaków.

Antoni poślubił 13 Lutego 1886 Roku młodziutką Malwinę Jurzykowską córkę Franciszka i Justyny z Grzesickich.Mieli pięcioro Dzieci:. Antoniego, Ernesta, Malwinę (moja babcia), Kamilę i Stefana.To oni byli ostatnimi właścicielami Woli Zręczyckiej przed parcelacją.Prababcia wcześniej owdowiała.Pradziadek zmarł podczas epidemii grypy ;hiszpanki;w 1912 roku.Została z dziećmi które nie były jeszcze samodzielne.Radziła sobie bardzo dzielnie.Wszystkie dzieci wykształciła ,sama prowadziła gospodarstwo.Najstarszy syn ,Antoni ukończył studia chemiczne na Politechnice Lwowskiej.Ernest i Stefan ukończyli studia rolnicze na UJ w Krakowie .Córki ukończyły szkoły średnie.Najstarszy Antoni -wuj Tonek wykładał w WSH w Krakowie a także pomagał w prowadzeniu gospodarstwa.Dokonywał tłumaczeń z języka niemieckiego ,miedzy innymi przetłumaczył dział chemii Encyklopedii Gutenberga .Ożenił się ze Stefanią Bujańską ,artystką malarką ,absolwentką Akademii Sztuk Pięknych w Monachium.Było to doskonałe małżeństwo ,zakochane w sobie aż do chwili śmierci.Wuj był spokojny,dobroduszny,cierpliwy-ciotka Stefa pełna energii i pomysłów.Wuj wybudował dla niej w lesie wolskim ,w Rasikach,nad kamieniołomem drewniany domek w stylu bawarskim.Miała tam pracownie i gromadziła zbiory ludowych tkanin i ceramiki. Malowała kwiaty i pejzaże inspirowane małopolskim krajobrazem,przeważnie akwarele.Wuj zajmował się sadownictwem ,pszczelarstwem,wytwarzał wspaniałe miody pitne i wina ,dostarczane do najlepszych krakowskich restauracji miedzy innymi do Hawełki,podobnie jak owoce i nabiał.Sady,głównie jabłoniowe były prowadzone wzorowo,pod opieką UJ.Wuj Ernest ukończył studia rolnicze w Krakowie.Ożenił się z Halina Buszczyńską .Rodzina Buszczyńskich prowadziła firmę nasienniczą produkującą nasiona buraka cukrowego,eksportowała nasiona do wielu krajów świata.Była to hodowla buraka cukrowego znana na całym świecie,odmiany które wyhodowała zaliczały się do najlepszych.Była to odmiana buraka wielokiełkowego,odmiany ;BUSZCZYŃSKI; Na bazie tej odmiany wyprodukowano w latach 70 ubiegłego wieku odmiany jedno kiełkowe.

Ernest i Halina mieli troje dzieci :Romana,Jerzego i Jadwigę.Małżonkowie nabyli majątek  ziemski 500 ha,OSTROWO na Kujawach nad jeziorem PAKOŚĆ.Poprzednim właścicielem był Niemiec.Majątek był zaniedbany.Wuj Ernest był świetnym gospodarzem .Wkrótce postawił majątek na najwyższym poziomie .Gospodarstwo stało się celem wycieczek ziemian z kraju i z zagranicy,ośrodkiem praktyk studentów.Wuj zajmował się też doradstwem .Zarządzał i wyprowadzał z zapaści zadłużone majątki.Zejście z Pałacu do jeziora.

Ostrowo było położone pięknie na brzegu jeżiora.Były świetne warunki do sportów wodnych.Roman i Jerzy uprawiali też strzelectwo.Przygotowywali się do olimpiady w Tokio w strzelectwie do rzutków.W 1939 roku majątek skonfiskowali Niemcy.Wujostwo uciekli do mojej mamy do Brodów na Kresy Wschodnie.Roman był na froncie.Po wojnie Ostrowo znacjonalizowano ,cała okolica została zdewastowana przez odkrywkową Kopalnię.Podczas wojny Roman i Jerzy należeli do AK.Walczyli w Powstaniu Warszawskim .

Roman został ranny w pierwszym dniu Powstania .Wywieżiony do obozu w Rzeszy.Jerzy za Powstanie otrzymał Virituti  Militari.Jurek zginął w 1945 roku w Krakowie.

Malwina Feill wyszła za mąż za Władysława Jenknera ,inżyniera ,absolwenta Politechniki Wiedeńskiej.Jenknerowie mieli posiadłości w sąsiedztwie -w Zalesianach i Kobylcu.Moja mama ,Ewa Jenkner przyszła na świat w 1914 roku we dworze wolskim.Póżniej Dziadkowie mieszkali przez pewien czas w dworku w Zalesianach .Dziadek walczył wpierwszej wojnie światowej początkowo w Armii austriackiej następnie wstąpił do wojska polskiego.W wojnie bolszewickiej dowodził  kompanią pancerną .Czołgi RENO-4 były darem Francji.Ich pojawienie się na froncie wywoływało wielką panikę u wroga.

W czasie pokoju Dziadek ,podobnie jak jego brat GUSTAF z którym razem studiowali w Wiedniu ,był zamiłowanym sportowcem.Uprawiali taternictwo. Podczas wspinaczki  przeżyli wypadek w którym zginął jeden z taterników..Gustaw złamał nogę tak nieszczęśliwie ,że do końca życia pozostało mu sztywne kolano.Byli też entuzjastami piłki nożnej i uczestniczyli w powstaniu KLUBU WISŁA KRAKÓW .Dziadek Jenkner wraz z bratem Gutawem i wspólnikami prowadzili przedsiębiorstwo budowlane z siedzibą we Lwowie.Firma dobrze funkcjonowała ,wykonywała zamówienia państwowe - budowa mostów-linie kolejowe--przed wybuchem wojny - PZL w Mielcu .Pradziadek Wiktor Jenkner budował w latach 1901-1920 wszystkie linie tramwajowe w Krakowie.Nadzór nad budowami wymagał ciągłych zmian miejsca zamieszkania ,więc okresowo Dziadek prowadził życie na walizkach. Mama uczyła się w szkole z internatem u Urszulanek w Krakowie ,wakacje spędzała na Woli lub w Ostrowie na Kujawach w majątku wuja Ernesta. Stefan Feill  najmłodszy z rodzeństwa oraz Kamila - mieszkali stale z prababcią we dworze . Kamila nie wyszła za mąż zajmowała się gospodarstwem. Stefan ożenił się po wojnie z Romaną Kisielewską .Pracował do emerytury jako dyrektor w P.G.R-ach w Nysie.Kamila mieszkała do śmierci u nas we Wrocławiu .Zmarła w 1963 roku .

Stary dwór spłonął w 1935 roku od pioruna w czasie burzy .Opowiadano ,że jaskółki które w wielkiej liczbie gnieżdziły się pod dachem dworu ,tej wiosny nie wróciły do swych gniazd.Udało się uratować całe wyposażenie dworu.Skradziono wartościową biżuterię.Prowadzone śledztwo wykazało że biżuterię skradł jeden ze strażaków.Znaczną część biżuterii odzyskano i strażak poszedł do więzienia.Domownicy zamieszkiwali przez jakiś czas w domu w Rasikach,póżniej w Kobylcu u prababci Jenknerowej.

Odbudowy dworu podjął się mój Dziadek ,Władysław Jenkner . On zaprojektował obecny budynek i zrealizował projekt.Wystrój wnętrz zaprojektował znany architekt  Marcin Bukowski ,szkolny kolega Stefana.Materiał pochodził z własnych lasów.Użyto drewna jodłowego.Dwór był gotowy w 1937 roku.Elementy piaskowe - kolumny ,schody sprowadzono z kamieniołomu w Niepołomicach. Z Gdowa ciągał  je na górę zaprzęg wołów  

Podstawą gospodarstwa był las -150 ha.Drzewostany jodłowe i bukowe. Występowały pierwotne stanowiska jodły górskiej.Drogi leśne były powysadzane - brzozami,dębami.Patrząc na obecny stan lasu aż trudno w to uwierzyć.Plany gospodarki leśnej które posiadam były przygotowane aż do roku 1965.Ciotka Kamila ,wielka miłośniczka przyrody pasowała by do dzisiejszych ekologów,walczyła o każde drzewo które miało być wycięte.Oprócz gospodarki leśnej dochody przynosił sad jabłoniowy 6 ha prowadzony pod nadzorem U.J.dostarczający świetnej jakości owoców.Obszerna piwnica pod dworem służyła za przechowalnię .Obora zarodowa krów rasy czerwonej polskiej liczyła 20 krów mlecznych.Wypasane na leśnych łąkach i pastwiskach pełnych źiół dawały mleko wyjątkowej jakości,tak że śmietana i sery były dostarczane do Krakowa .Hodowano też trzodę chlewną i drób na własne potrzeby.Stefan zamiłowany koniarz ,dostarczał młode konie remontowe dla wojska.Największym pupilem całej rodziny był SOKÓŁ ogier półkrwi arabskiej - syn sławnego ogiera pustynnego Księcia SANGUSZKI .Dzięki znajomością z Księciem Stefan załatwił pozwolenie na krycie swojej klaczy i z tego kojarzenia narodził się SOKÓŁ-złoty kasztan wielkiej urody i wspaniałego usposobienia,rozpieszczany przez wszystkich.

Po wojnie kiedy Sokół wraz z całym inwentarzem przepadł ,moja mama nieoczekiwanie zobaczyła go w Krakowie.Okazało się że został podarowany jako ;dar Ziemi Krakowskiej;gen.Michałowi Prus Wieckowskiemu.Gen.Prus-Więckowski-przed wojną był kolegą mojego ojca z XXII pułku Ułanów w Brodach.

Oprócz budynku dworu i domku-oficyny które istnieją do dziś,były zabudowania gospodarcze murowane ,kryte dachówką,bardzo duża stajnia z wozownią (budynek długości 38 m) oraz dwie stodoły .Budynki te zostały rozebrane przez Politechnikę .Były też dwa stawy -jeden w pobliżu dworu,drugi na podwórzu gospodarczym.Oba zasypane. Kapliczkę stojącą przy drodze obok dworu ufundowała prababka Olszańska.Postawiła ją dla upamiętnienia śmierci gajowego,który zastrzelił się na skutek zawodu miłosnego.

Wszystko co wiem o życiu codziennym we dworze ,wiem z opowieści mojej Mamy,Babci Jenknerowej,ciotki Kamili wuja Antoniego.Nostalgia powodowała że był to temat powracający stale. Dziś ,gdy już wszyscy odeszli ,staram się poukładać okruchy pamięci .Nie jest to łatwe.Kiedy odchodzą nasi ostatni świadkowie,pozostaje poczucie winy ,że nie słuchało się dość uważnie, że nie poświęcało się dość czasu.Pozostaje niedosyt ,którego nikt nie zaspokoi.Szczególnie moja mama żyła wspomnieniami.Była osobą niezwykle energiczną i czynną otwartą na świat i ludzi .Kiedy wiek i choroba skazały ją na bezczynność ,rozpamiętywała czasy młodości i przejścia wojenne .Opowiadzła z wielką miłością o przyrodzie w śród której dorastała.O kwiatach leśnych i o tych rabiskach,(nad rzeka Rabą).O rozchodniku z którego dzieci robiły wianki.O wielkiej kępie bzu przy dworze w której znajdowało się gniazdo srok .Można w nim było znależść zaginione srebrne łyżeczki.O borsukach których życie rodzony można było podglądać w lesie.O lisku który podkopał się do kurnika i wydusił wszystkie kury ,ale nic z tego nie skorzystał ,bo pierwszą którą usiłował wyciągnąć  zablokował tunel. O pawiach ,które nocowały na starym dębie i swoim wrzaskiem śmiertelnie przerażiły policjanta robiącego obchód.Policjant który był na Woli pierwszy raz był przekonany że na dębie siedzi diabeł.(Relacja Policjanta z Gdowa Pana Budy -osobiście mi ją opowiadał w roku 1978 kiedy byłam na Woli.) Pędził ile sił i zatrzymał się dopiero w Zręczycach.

O kotce która była w dzieciństwie ulubioną towarzyszką zabaw mojej mamy,bez której nie mogła zasnąć.Kiedy mama rozpoczęła naukę w Krakowie i zamieszkała w internacie ,kotka wiecznie czekała na jej przyjazd .Mówiono jej - panienka przyjedzie w tedy siedziała przy drodze w lesie i czekała do skutku..O oswojonych zwierzakach i albinotycznym  rogaczu- białym jak mleko.Mama wspominała ,pracowników , wśród których były osoby traktowane jak członkowie rodziny.A więc Maryśka-opiekująca się moją mamą,póżniej moim bratem Januszem.Była to piękna kobieta ,w każdą niedzielę i święta występowała w stroju Krakowskim ;żywy obraz Stachiewicza ;-mówiła Mama. Niezwykle uczuciowa - płakała przy każdej okazji zarówno z radości jak i smutku.Nie wyszła za mąż choć chętnych było mnóstwo.Dla niej również utrata Woli była katastrofą. Stary Maciej -prawa ręka właścicieli - nadzorował gospodarką rolną.Lasem zajmował się leśny - Karol Dobosz lojalny do ostatniej chwili- nie wahając się pomagać w najtrudniejszych momentach,ryzykując narażaniem się nowej władzy.Końmi zajmował się Jan -mały człowieczek który skracał sobie drogę przechodząc pod brzuchami koni,;Ja sam malućki ,to mom bliżej ;odpowiadał na uwagi że to niebezpieczne.Bardzo kochał konie i utratę każdego długo opłakiwał.Warto wspomnieć jeszcze niezwykłe indywiduum -pastucha krów .Był to starzec -włóczęga ,który zatrzymał się na folwarku i został.Wielkie zarośnięte chłopisko -znał tylko język niemiecki po polsku rozmawiał kiedy chciał ,twierdził że jest Węgrem.Pilnował krów na leśnych polanach i nie mając nic więcej do roboty -uczył je wyuczonych sztuczek.Jedną krowę nazwał Filozof nauczył by witała Prababcię klękając.Robiła to na polecenie ,Filozof ,ukłoń się ;Filozof brała udział w niecnym procederze okradania grzybiarzy .Na widok zbieraczy z koszami szła do ataku a uciekający rzucali kosze.Grzybami dzielili się Filozof z pastuchem.Po kilku latach ustabilizowane życie znudziło się łazikowi i powędrował w świat równie nagle jak się pojawił.  Oprócz stałych pracowników zatrudniano też robotników sezonowych przychodzących z gór.Bywały z nimi problemy.Dwaj młodzi górale -bracia-upatrzyli sobie te samą dziewczynę .Doszło do walki ,a w ruch poszły noże.Mimo natychmiastowej interwencji obaj zostali poważnie ranni.Dwór regularnie odwiedzał kwestarz w Szczyżycu ,braciszek obdarowany wielkim poczuciem humoru,bardzo lubiany przez wszystkich .W habicie miał olbrzymie kieszenie sięgające do samej ziemi i trzeba było je zapełnić.Prócz tego worki prowiantu ładowano na wóz którym przyjeżdżał.

Utrzymywano kontakty z sąsiadami ,jeżdżono z wizytami ,były tańce ,polowania,panowie grali w karty.Krewni i znajomi z Krakowa stale odwiedzali dwór tak że nikt się nie nudził.Stałym gościem był wuj Froncz.Właściciel wielkiej kamienicy w Krakowie na ulicy Floryjańskiej (na fasadzie do dziś przetrwały inicjały AF-ANASTAZY FRONCZ) mieszczącej wówczas ekskluzywny sklep z galanterią skórzaną.Na Wolę przyjeżdżał ogromnym samochodem ku ogromnej ciekawości dzieci z mijanych wsi ,gdyż zawsze wiózł dla nich torby cukierków.Miał ogromną fantazję i szeroki gest ,przez co stał się mecenasem sztuki .Liczni krakowscy malarze (a malarze jak wiadomo za życia są doceniani) znosili mu dzieła a on je kupował.Słyszałam o nim mnóstwo ciekawych anegdot ,jak choćby ta: Wuj Froncz przyjechał na Wolę i zastał Stefana z dubeltówką .Stwierdził ,że Stefan nie potrafi strzelać .Zaproponował zakład ,że z odległości 100 kroków wypnie siedzenie ,a Stefan go nie trafi.Stefan odrzekł na to ,że nie podejmie się takiego ryzyka ,ale wuj może w tej odległości rzucić  w górę swój kapelusz .Tak się stało. Stefan strzelił i z kapelusza ,nowiutkiego Borsolino zostały strzępy w powietrzu.Wuj był oburzony i wypominał Stefanowi ten kapelusz jeszcze długi czas. Nocne powroty przez las były tym bardziej emocjonalne ,że można było natknąć się na zjawę.Moja mama nigdy nie widziała tej zjawy ,widział ją jednak mój dziadek gdy wracał pieszo do dworu z Kobylca.Dziadek walczył w dwóch wojnach i nie było go łatwo przestraszyć jednak przyznał ,że na widok wysokiej kobiecej postaci w białej czerni ,włos zjeżył mu się pod kapeluszem.Był to mglisty wieczór i zjawa rozpłynęła się we mgle.Postać tę widziało wiele osób i pełniła bardzo pożyteczna funkcję.Upilnowanie wielohektarowego sadu przed złodziejami nie było możliwe.Tymczasem po tym jak kilka osób natknęło sie na zjawę ,kradzieże były sporadyczne.Biała dama nie była jednym duchem nawiedzającym Wole.Pod lasem stała bardzo stara stodoła w której w pogodne południe słychać było młocki.Najbardziej wrażliwym na na ,nadprzyrodzone zjawiska był wuj Stefan.Kiedyś jak był jeszcze studentem w czasie wakacji zobaczył swojego serdecznego przyjaciela,kolegę ze studiów ,jak wchodził do domu.Zawołał go ,ten jednak wszedł do najbliższego pokoju .Stefan pobiegł go szukać i nie znalazł nikogo.Nikt też go nie widział .Póżniej dowiedział się ,że chłopak podczas wakacyjnej wędrówki po kresach wschodnich zarażił się tyfusem i akurat w tym dniu zmarł.Najbardziej podoba mi się przypadek który ponoć przydażył się pradziadkowi Rudolfowi .Siedział przy biurku zajęty rachunkami .Drzwi pokoju otwarte wychodziły na ogród .Nagle poczuł ,że ktoś ciągnie go za rękaw.Myśląc że to któreś z dzieci ofuknął intruza.Kiedy to się powtórzyło ,spojrzał i zobaczył ludzika ,coś w rodzaju Krasnoludka.Ludzik skinął palcem aby iśc za nim i wyszedł do ogrodu .Zniknął pod ogromną lipą.Całkiem możliwe ,że starszy pan zdrzemnął się i krasnoludek mu się przyśnił .Faktem jest jednak że pod lipą wykopano garnek talarów.Myślę że ludzie o których piszę żyjący bez zbędnego pośpiechu ,zgodnie z naturalnym rytmem pór roku,mieli zupełnie inną zdolność wrażliwości ,której następne pokolenia pozbawił skok cywilizacyjny,wszechobecna chemia,wyścig szczurów.Swiat tajemnic ,duchów,białych dam i skrzatów odszedł bezpowrotnie,podobnie jak rzdkie gatunki roślin i zwierząt,jak piękno starej architektury zastąpionej betonowymi stworami.Jak niewymuszone poczucie przyzwoitości,honor,uczcziwość,niegdyś powszechna ,dziś coraz rzadsza.

Początek końca był rok 1939.Moi rodzice mieszkali w Brodach na terenie koszar XXII Pułku Ułanów.Mój ojciec został przydzielony do ;dwójki ,czyli wywiadu.Przeszedł szkolenie i w lecie otrzymał rozkaz wyjazdu do Szwajcarii.W lipcu przed wyjazdem rodzice wraz z małym Januszem odwiedzili wujostwo w Ostrowie .Tam ,w towarzystwie krewnych i sąsiadów Ojciec wyrażił pogląd ,że wojna jest nieunikniona,że wybuchnie najpóżniej do połowy września i Polska nie ma żadnych szans.Ta wypowiedz wywołała wielką konsternację i oburzenie .Niestety była prorocza.Ojciec wyjechał na placówkę ,Mama z Januszem szykowała się do wyjazdu do ojca.Z Ostrowa do Brodów zabrała ze sobą 10-letnia córkę Ernesta Jadwigę.Wybuch wojny przekreślił możliwość wyjazdu Mamy do Ojca.Roman Feill poszedł na front w randze porucznika.Wujostwo wraz z młodszym synem Jurkiem opuścili Ostrowo ,zabierając najcenniejsze rzeczy ,dwoma samochodami ruszyli do Brodów .Na terenie Kujaw - Niemcy mordowali ziemian.Tam zastał ich 17-września.Już bez samochodów i dobytku ale ratując życie udało im się przedostać do Krakowa .XXII -Pułk Ułanów poddał się sowietom.Cały korpus oficerski trafił do Katynia .Po wejściu sowietów Mama została wyrzucona z mieszkania ,straciła cały dobytek.Przeniosła się z Januszem do znajomych.Nastał terror.Rodzice zatrudniali przed wojną służącą -Ukrainkę.Pochodziła ona z rodziny mieszanej,polsko-ukraińskiej..W takich rodzinach często wyznanie i narodowość była dziedziczona tak,że synowie przejmowali ją po ojcu a córki po matce.Ta dziewczyna zadenuncjowała własnego brata,który czuł się Polakiem.Sowieci go rozstrzelali.Szczęśliwie,zawsze dobrze traktowana i wynagradzana ,nie wpadła na pomysł by rozprawić się ze swoja chlebodawczynią.Nie rozpoczęły się jeszcze wywózki,ale trwały przygotowywania (spisy ludności przeznaczonej do wywózki na sybir zajmowali się tym osoby pochodzenia żydowskiego i ukraińskiego).Wtedy 2-letni Janusz zachorował na zapalenie ucha środkowego.Bardzo cierpiał ,bez przerwy płakał.W Brodach nie było lekarza.Wtedy właśnie pojawił się enkawudzista.Był to oficer w randze pułkownika.Zobaczył Mamę przy okazji rewizji ,zaczął ją nachodzić.Zachowywał się powściągliwie ,przynosił jedzenie i owoce.Siedział nic nie mówiąc,czasem bawiąc się z Janiszem.Kiedy Janisz zachorował ,obiecał że nazajutrz zawiezie go samochodem do lekarza.Wtedy pewien znajomy ,emerytowany oficer znający świetnie rosyjski ,ostrzegł Mamę ,że podsłuchał rozmowę tego pułkownika z kolegami ,gdy był pijany.Otóż planował on ,że wywiezie Mamę do swojego domu rodzinnego w Rosji ,ponieważ zakochał się i chce się z nią ożenić.Mama tego samego dnia uciekła z Januszem do Lwowa.Miała szczęście ,że akurat odchodził z Brodów pociąg.Wcześniej sprzedała przygotowany węgiel na zimę,dzięki czemu miała pieniądze.Nie ryzykowała pozostania we Lwowie i po wielu perypetiach przedostała się przez zieloną granicę ,pod okupację niemiecką.Dotarła do Rzeszowa gdzie przebywali Dziadkowie.Na wschodzie zaczęły sie wywózki Polaków.Moja Babcia Aniela Urbanowicz wdowa po Nadkomisarzu Policji we Lwowie została wywieziona do Kazachstanu wraz z moją ciotką Zofią Banach i jej dwojgiem dzieci:12-letnia Marysią i 6-miesięcznym synkiem Januszem.Moja babcia Aniela Urbanowicz zmarła na zesłaniu z głodu.Drobna delikatna Zosia ,absolwentka Konserwatorium przeżyła zsyłkę i morderczą pracę .Przeżyły też dzieci.Wielka w tym zasługa Marysi która wykazała się dzielnością na jaką nie zdobyło by się wielu dorosłych.Mąż Zofii ,Eugeniusz Banach został zamordowany w wiezieniu w Łucku .Także do Kazachstanu zostały wywiezione żona i córki Władysława Urbanowicza ,mojego stryja.Władysław był kapitanem W.P ,do niewoli sowieckiej trafił we Lwowie.Ocalał cudem -udało mu się uciec z transportu.Uratowali go kolejarze -uciekł w mundurze kolejarskim.Jego nazwisko znalazło się na liście ofiar Katynia,opublikowanej przez Niemców.Zofia z dziećmi wydostała się do Iranu z Andersem,z tamtąd  trafiła do Rodezji,następnie do RPA.Nauczyła się krawiectwa ,dobrze zarabiała.Dzieci ukończyły studia.Zosia i Marysia już nie żyją .Janusz jest wykładowcą na Uniwersytecie w w Johanuesburgu.Rodzina Władysława do Polski wróciła dopiero kilka lat po wojnie.

Mój ojciec po wybuchu wojny ze Szwajcarii wyjechał natychmiast do Francji,tam wstąpił do Dywizji Grenadierów .Niestety Francuzi nie mieli najmniejszej ochoty walczyć.Broń wyrzucali do rowów jako zbędny ciężar.Po szokującej klęsce Francji trafił do niewoli i do końca wojny przebywał w Oflagu XVII A.We wrześniu 1939 roku wojna nie ominęła Woli .Kilku żołnierzy stawiło opór Niemcom na górze w pobliżu dworu i wsi .Wszyscy polegli w nierównej walce.Są pochowani na cmentarzu w Gdowie.Kiedy walczyli,Kamila donosiła im zaopatrzenie ,opatrywała rany .Ostrzał niemiecki spowodował pożary we wsi ,w majątku spłonęły dachy budynków gospodarczych.Dwór nie spłonął.Po klęsce gospodarstwo zostało objęte  zarządem niemieckim.Podczas wojny dwór w Woli Zręczyckiej był ostoja A.K.Partyzanci czuli się we dworze jak we własnym domu. Często stacjonowało po 60 ludzi i więcej. Niemcy nie zapuszczali sie w te okolice jeżeli nie byli do tego zmuszeni. Rozległe lasy pocięte parowami  zaczynały się tuż za ogrodzeniem i stanowiły dla Niemców zbyt wielkie zagrożenie. Tylko dlatego nasza rodzina i dwór przetrwały wojnę.gdyż brawurowe akcje partyzantów co dnia przynosiły nowe ryzyko.Szczęście nam sprzyjało .Pewnego dnia w roku 1944 partyzanci zgromadzili we dworze duży transport zdobytego prowiantu,tak że skrzynie sięgały pod sam sufit,wiedziona nagłym przeczuciem moja mama poprosiła komendanta aby to usunął. Posłuchał ,ale był obrażony.- Pani się boi -powiedział .Owszem boję się odpowiedziała moja mama.Nazajutrz w odległości 100 metrów od dworu rozbił się samolot amerykański ,wiozący zrzuty.Niemcy natychmiast przeprawili się przez Rabę i dotarli na miejsce . We dworze przeprowadzili drobiazgową rewizję,przetrząsając nawet szuflady nocnych szafek-spytała moja mama czego szukają ,odpowiedzieli że lotników.Jednak do lasu zaczynającego się za płotem nie zaglądali ,a tam właśnie ukrył się pilot któremu udało się wyskoczyć gdy samolot był już nisko.Zaopiekowali się nim partyzanci .Dwór dawał schronienie ludziom poszukiwanym.Nie tylko ludziom . W naszej stajni przetrwał wojnę piękny kary ogier INDO z Państwowego Stada Ogierów Janów,odbity przez partyzantów Niemcom.Piętna na skórze tego konia ,niemożliwe do zamaskowania sprawiały ,że przechowywanie go stanowiło śmiertelne niebezpieczeństwo. Koń ten odznaczał się niezwykła intuicją.W razie zagrożenia wprowadzany był do urządzonej w stodole skrytki.Zwykle bardzo hałaśliwy ,na dzwięk obcych głosów zachowywał się tam cicho jak mysz.Majątek podlegał oczywiście kontroli niemieckiej.Urzędujący w Krakowie KREISLANDWIRT,Ślązak nazwiskiem Jarosz,przy okazji załatwiania spraw urzędowych pytał-A partyzany u was są? -Nie ,skąd że -To co mogę przyjechać ? - Lepiej nie - No to nie przyjadę.

Wydarzenia tragiczne ,których wspomnienie jeszcze dziś budzi grozę przeplatały się zabawnymi ,jak np.kiedy nocujący w naszej stodole pełnej zebranego zboża oddział pogubił granaty.Zmuszało to do wyjątkowej ostrożności przy omłotach ,aby taka niespodzianka nie trafiła do maszyny.Odwaga i pomysłowość ,leśnych, nie miała granic.Kiedy jeden z nich został poważnie ranny i tylko operacja mogła usunięcia nerki mogła uratować mu życie,jego koledzy uprowadzili znanego krakowskiego chirurga.Operacja wykonana we dworze doskonale się udała ,a doktor odwieżiony został do domu.Cała akcję przeprowadzono przy użyciu ,pożyczonego od Niemców Mercedesa z chorągiewkami G.G na błotnikach.Jak juz wcześniej wspominałam Antoni Feill przed wojną wybudował w lesie ,w uroczysku Rasiki domek dla swojej żony Stefanii ,artystki malarki.Domek ten służył partyzantom jako szpital  polowy.Po sławnej pacyfikacji Wiśniowej własowcy spalili ten dom wraz z rannymi ,następnie skierowali się w stronę Woli  Zręczyckiej.Niemal w ostatniej chwili odwołał ich jakiś rozkaz i kolumna odjechała w stronę Kłaja.Kiedy przetoczył się front ,we dworze kwaterował przez pewien czas gen. KONIEW ze swoim sztabem.Zostawił po sobie dobre wrażenie oraz pismo zabraniające Armii Czerwonej zabierać czegokolwiek z majątku.Niestety skuteczność  generalskiego zakazu była żadna i obrona gospodarstwa przed pazernością wyzwolicieli to temat na osobne wspomnienia. 

 


Komentarze / 0

musisz zalogować się, aby dodać komentarz... → Zaloguj się | Rejestracja